About Us

Zamknięci w Raju #4

  • 30 kwietnia, 2020

W czwartym odcinku serii Zamknięci w Raju przedstawiamy postać Adama Borysa, który na co dzień prowadzi szkółkę kite w Wietnamie. Adam sam sobie wybrał swój Raj na czas pandemii i w ostatniej chwili poleciał na Bali. Chyba nie mógł lepiej trafić..

Bali? Więc jak ja tu utknąłem? Rok temu myślałem, że moje pływanie na surfingu skończyło się w 2015, po kontuzji barku, kiedy nie mogłem porządnie wstać na deskę przez 2 lata. A teraz po 6 miesiącach regularnego pływania na surfie jestem na Bali odcięty od świata podczas epidemii wirusa, którego przypuszczalnie sprzątaczka wyniosła z laboratorium w Wuhan w martwym nietoperzu żeby go opchnąć na targu. Sprzątaczka mogła być agentką deep state który to przyspieszył operację False Flag Covid, gdyż świadomość na naszej planecie budzi się zbyt szybko i muszą nas szybciutko zaczipować, żeby nie utracić kontroli. 

fot. Łukasz Pietrzykowski

Dobrze, koniec teorii spiskowych, więc jak to było z tym surfingiem? 

No więc wszystko zaczęło się w momencie, jak już nie pływałem na surfingu. W październiku zeszłego roku wróciłem do Wietnamu i po tygodniu przyszedł tajfun. Co to znaczy? Znaczy, że nie ma wiatru i idą duże fale. Progno było na wysokość 4-5 metrów w kulminacyjnym momencie. Zapakowałem dechy i pojechałem na północ do Phan Rang, gdzie nikt praktycznie jeszcze nie pływał. Jeszcze było płasko, no nic stwierdziłem, zawsze można posiedzieć na spocie, poczytać książki, medytować. Trzy dni później zaczęło się, swell wzrastający. Pojawił się mój wspólnik Węgier, jeszcze dwóch ziomków i pojechaliśmy w czwórkę na pierwszy spot, nazwany później The Bay. Pływy, a co tam, kto by to sprawdzał, fala tu jest w zatoce i łamie się jako A-frame, lewa strona jest ok, prawa na płytkiej rafie i tworzą się tuby. Weszliśmy, lineup na lewą, zaczęło się od head high, wszyscy podjarani, to przecież najlepsze fale jakie kiedykolwiek łapaliśmy w Wietnamie, a jesteśmy tu ponad 10 lat. Swell rósł dosyć szybko w godzinę zrobiło się half overhead, zostało nas już tylko dwóch i  mając w głowie że będą jeszcze 4 takie dni pływaliśmy zdecydowanie zachowawczo. Takie pionowe late dropy to ja może ostatni raz robiłem na Bali w 2009 więc przyznam parę odpuściłem, sama jazda po fali też jeszcze nie była w rytmie, późny bottom turn, top turn taki sobie. Przynajmniej przy wywrotkach pralka była bez uderzeń o rafę. Bez dwóch zdań, wymagające warunki jak na pierwszy dzień. Do zakończenia sesji przekonało mnie, jak przy duck dive wyrwało mi deskę z rąk i wybiłem dziurę głową w pokładzie. Wróciliśmy na bazę, szybki ding repair i decha była gotowa na kolejny dzień. 

Drugiego dnia pojechaliśmy zobaczyć na południe od My Hoa, spotu kajtowego. Zaczęliśmy od spotu który nazwaliśmy „The Korean” ponieważ leży niedaleko bazy kolegi z Korei Płd. Znowu A-frame, dziś już porządne double overhead, czyli fala koło 4 metrów. Prawa długa kończy się closeoutem, lewa otwarta krótsza. Warun taki duży, że pojawia się pojęcie uważność w kontekście takim, że trzeba ciągle sprawdzać czy jest się w odpowiednim miejscu, nikt z nas nie chce skończyć za w impact zone przy nadchodzącym secie. Zdałem sobie sprawę, że  są to największe fale, na jakich kiedykolwiek pływałem. I kto by pomyślał, w Wietnamie…  Złapałem dwie w prawo i jedna lewo. Na uwagę zasługuje mój wspólnik Piotrek, Węgier, wiosłowalismy w trójkę po jedną falę, Piotrek złapał, nie ustal dropu i przyjął 2 kolejne na głowę w impact zone. Konkret. Po tym stwierdził, że było brutalnie i jemu już styka.

Więc zawinęliśmy się szukać kolejnych spotów. Znaleźliśmy fajny spot na longboarda albo sup, 4-m fala, ale tak łagodna, że na szorcie było ciężko złapać. Ten spot zyskał nazwę Flat Tire, od złapanej gumy podczas poszukiwań. Tutaj przypomina mi się, jak niesamowita była to zajawka jeżdżenia i odkrywania miejscówek, na których nikt jeszcze nie pływał. Około 7 spotów  na 60 kilometrowym pasie wybrzeża i gdyby taki swell się utrzymywał regularnie, bez wahania mógłbym stwierdzić, że Wietnam jest nieodkrytym rajem dla surferów.

 Dzień trzeci kulminacja swellu. Tutaj było grubo, lał deszcz i tym razem wybraliśmy się na północ, zatrzymaliśmy się przy The Bay z dnia pierwszego i szczęki nam opadły do gleby. Nie wiem do czego to porównać… Wietnamski Pipeline, no nic innego nie przychodzi mi do głowy! Pełna tuba A-frame o rozmiarze 6m. Ja przypomniałem sobie odpowiedni cytat z Jerrego Lopeza: „Everyday is a good day to die” i stwierdziłem że powinniśmy wejść chociaż popatrzeć z boku, ale zostałem przegłosowany i pojechaliśmy na beach break do Binh Tien, gdzie były sporo mniejsze fale. 

Dzień czwarty fale już wyraźnie siadły. Sprawdziliśmy spocik obok The Bay, który po złapaniu pierwszych paru fal zyskał nazwę Kindergarten. Prawostronna fala na rafie, zupełnie niepozorna w porównaniu do tego co było przez trzy dni wcześniej. Idealna, długa prawa, head high z delikatnymi tubami. Po prostu perfekcyjna sesja na zakończenie, pionowe dropy, bez stresu, bo już nie było z czego spadać(smiech), fala za falą, wipeouty lekkie, można było próbować wszystkiego bez konsekwencji. Sesja na luzie i stąd nazwa spotu przedszkole. 

Muszę przyznać że te cztery dni mocno przewartościowały pozycję surfingu w mojej świadomości. Stwierdziłem bez wahania – wracam do pływania na falach! Pierwsze co miałem w głowie to, że potrzebuję nową dechę, a w Wietnamie to nie takie proste. Mamy shapera, ale on robi deski kajtowe. Więc rozkminiłem technologię i zrobiłem projekt porównując kształty najlepszych światowych producentów. Co się okazało? Wszyscy robią podobny rocker, czyli kształt dna i dużo desek ma podobny outline. Celowałem w coś w rodzaju Pyzel Ghost czy Slater Houdini i po zrobieniu pierwszej dechy okazało się że to… najlepsza deska na jakiej w życiu pływałem. Zrobiłem też parę kolejnych desek chłopakom. Wszystkie wyszły bardzo fajnie, a ja zacząłem się zastanawiać czy może to już czas, żeby przestać uciekać od shapowania desek surfingowych. Zawsze się nad tym zastanawiałem, ale jakoś praca w pyle, regularne inhalacje z żywicy, mnie odpychały. To jest niewątpliwie temat na osobny artykuł, ale tu mogę powiedzieć, że mam taki mały plan, żeby ręcznie szejpować deski na Helu pod marką 5th Dimension Surfboards, wszystko w najlepszych dostępnych materiałach i technologii. Trzymajcie kciuki.

Wróćmy zatem na Bali… Jak ja się tu znalazłem i czy utknąłem? Początek tej historii jest w Wietnamie. 14 Marca usłyszałem że Polska zamyka się na loty międzynarodowe. Szybka analiza i wnioski, że przecież reakcje państw na pandemię nie opierają się na indywidualnych analizach, to bardziej działa jak efekt stada, więc Indonezja zrobi to samo. Wiedziałem jedno, z Azji do Polski już nie wrócę. Teraz pozostało pytanie: Bali czy Wietnam? Wypadło na Bali!!! Lot miałem na 18 marca, ale w obecnej sytuacji nie warto było  ryzykować, przełożyłem na 16 marca. Na miejscu był Przemek Kuc z rodziną i Natalia Grabowska znani bardziej z osiągnięć w wakeboardowym środowisku, więc pierwsze dni oprócz pływania dla siebie, spędziłem ucząc ich surfingu. Spoty były jeszcze zatłoczone i nikt nic nie wspominał o zamykaniu plaż. Swell był umiarkowany i większość sesji spędziłem na Uluwatu.

No właśnie to Uluwatu… Jak to jest, że przy tylu różnych spotach ciągle tam ląduje… 10 lat temu podczas miesięcznych tripów na Bali praktycznie tam nie pływałem. Nie dlatego, że fale były za trudne. Poziom surferów na spocie był zbyt wysoki i praktycznie nie mogłem złapać fali.  Teraz w końcu przestałem się czuć jak niedoedukowany kuzyn z Europy wschodniej i od pierwszej sesji zacząłem walkę o fale na main peaku. Jak najbardziej trzeba przyznać, że Ulu to bardzo wszechstronny spot z 4 różnymi falami. Od lewej, czyli od południa są to: Temples, Main Peak, Outside Corner i Racetracks. Dokładniejszy opis można znaleźć w necie. Co ważne fale na Ulu bardzo mocno zaciągają z rafy, czyli fala która ma metr wysokości potrafi dobrać z rafy pół metra i w rezultacie ma półtora przy dwóch metrach robi się trzy i tak dalej. Jest to bardzo fajny efekt, ale też wymaga odpowiedniego doświadczenia bo przy tym zaciąganiu fala się dużo szybciej wypiętrza i łamie, także zazwyczaj wstajemy na pionowej ścianie, a jak wstajemy późno, to spokojnie możemy się przygotować na air dropa. 

Wracając to tego zjawiska które zostało nazwane pandemią i zostało rozdmuchane w mediach ponad wszelkie proporcje, chociaż poprzednie tego typu zjawiska przechodziły bez echa, to tutaj na Bali tak naprawdę ograniczenia w surfingu pojawiały się stopniowo i o ile się nie mylę, zaczęło się od samowolki lokalesów na Uluwatu, którzy zamknęli przejście. Jakiś tydzień później zostało zamknięte Balangan, dalej Changgu i chyba jako ostatnie Keramas. W praktyce te ograniczenia nie są respektowane ani przez obcokrajowców, ani przez tubylców. Zmieniły się tylko drogi dostępu, po zamknięciu schodków do jaskini Uluwatu wszyscy zaczęli chodzić kanionem. Zagrodzili kanion, zaczęliśmy wypływać 300m przed z Thomas Beach a teraz, mamy zejście z drabinami po klifie i ostrej rafie. Jednocześnie wszyscy, którzy mają jakieś kontakty w organach decyzyjnych lobbują za tym, żeby wprowadzić zasady jak na Hawajach, czyli surfing ok, tylko bez przebywania w grupach na plaży. Prosto, zdrowo i racjonalnie.