About Us

Zamknięci w Raju #3

  • 20 kwietnia, 2020
Z naszą serią Zamkniętych w Raju dotarliśmy również do ukochanej przez wielu rodaków Portugalii, a dokładnie na samo jej południe, do Algarve. Bohaterami dzisiejszej historii są Miszka i Karolina – para surferów, która od lat przemierza swoim vanem europejskie wybrzeże Atlantyku w poszukiwaniu fal.

30 marca 2020

Niebo nad Algarve zazwyczaj gęsto pocięte liniami kondensacyjnymi samolotów od tygodnia było błękitne, nietknięte. Zaczęliśmy się ekscytować brakiem ludzi na niebie i na morzu, a nawet w miastach. Zakaz surfingu wynagradzały walenie pływające blisko brzegu w miejscach, które o tej porze roku są już pełne turystów.

1 kwietnia 2020 / Serra de Monchique, 560mpm, farma przyjaciół.

Rozgwieżdżoną, lodowatą noc nad masywem Foii rozerwał właśnie przerażający ryk lecącego prawdopodobnie na Azory bombowca b-52. Dźwięk lecącej z przelotową prędkością trójkątnej maszyny przywołał mieszankę skojarzeń z filmów SF i bardzo realnych lęków. Przez okna dachowe widać pas Oriona. Wnętrze busa wyizolowane jest dodatkowo srebrnymi karimatami, mamy masę rozpakowanego sprzętu. Jesteśmy uziemieni od tygodnia, co sprawia, że czujemy się jak na stacji orbitalnej. Zamieniamy się powoli w astronautów – głównie botaników i informatyków, a tak naprawdę w farmerów. Dom przyjaciół, którzy nas przygarnęli na czas epidemii położony jest na przepięknym zboczu z bezkresnym widokiem.

17 Marca / Ostatnia legalna sesja przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego.

Decyzja o zakazie surfingu i wszelkich aktywności sportowo-wakacyjnych była nieunikniona i wisiała w powietrzu. Kiedy nadszedł ten dzień, byliśmy na południowym wybrzeżu. Było słonecznie, fale były łagodne i gładkie jakby stworzone do medytacji. Wszyscy w wodzie mieli jakąś niewypowiedzianą potrzebę obmycia się ze stresu powodowanego gęstniejąca atmosferą. Na bardzo gadatliwym spocie panowała absolutna cisza. Wszyscy w wodzie uciekali od natłoku informacji i plotek o sytuacji surferów mieszkających, tak jak my, w busach. To był ostatni dzień tamtej epoki.

fot. Wojtek Zieliński

11 marca, tydzień przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego.

Pierwsza szokująca plotka trafia nas w sielskie popołudnie w jednym z naszych ulubionych miejsc na prywatnym, legalnym parkingu 5 minut od plaży. Przyjaciel z Czech mówi nam, że wszystkie kampery z Algarve na zagranicznych rejestracjach zostaną umieszczone na przygotowanych do tego dwóch stadionach w Portimao i Faro. Kempingi, także te długoterminowe, na których można stać do roku, zaczęły wyrzucać gości. W końcu dociera do nas informacja od przyjaciela, który zawsze stoi „na dziko” – gwardzista GNR (Guarda Nacional Republicana) ostrzegł go, że na dziko może stać ostatnią noc i że jest im bardzo przykro, ale za 24 godziny będą musieli ich aresztować, przejąć kampera i deportować na ich koszt. Obozy na stadionach okazały się plotką. Znajomy Czech dla bezpieczeństwa wynajął willę. Kiedy parkował swojego ogromnego kampera, podjechali gwardziści GNR i poprosili o pokazanie kluczy do domu.

28 marca

Miejsca, w których nocowały vany, robiły się coraz bardziej wyludnione. Kilka ostatnich nocy spędziliśmy na pustym parkingu w towarzystwie tylko jednego kampera. Mieszkało w nim dwóch młodych Niemców z psami znajomych, którzy wylecieli do domu kilka dni wcześniej. Byli strasznie zestresowani powrotem do domu. W zalewie plotek postanowili zadzwonić na lokalny komisariat, żeby dowiedzieć się, czy granica jest otwarta i co z psami, jeżeli zostaną objęci kwarantanną na granicy z Hiszpanią. Byłem świadkiem tej rozmowy i po tym, co usłyszałem, zdecydowaliśmy się natychmiast wyjechać w góry do naszych przyjaciół. Policjant krzyczał do słuchawki, że mają wypier***ć z Portugalii, bo jak ich zobaczą, to przyjadą z wojskiem, zastrzelą psy na ulicy i deportują. Na szczęście był to tylko odosobniony przypadek i nic takiego nie miało miejsca i nie było to oficjalne stanowisko władz. Portugalska policja w większości przypadków jest w stosunku do obcokrajowców bardzo miła. Z duszą na ramieniu przygotowywaliśmy busa do wyjazdu w góry. W trakcie przygotowań zorientowaliśmy się, że jest już za późno na jazdę, bo w czasie stanu wyjątkowego poruszanie się po drogach nocą jest legalne tylko w wyjątkowych przypadkach.

29 marca.

Dojechaliśmy z wybrzeża w góry, zaparkowaliśmy kampera na dłuższy postój. Wyładowaliśmy deski i pianki. W samochodzie zrobiło się dużo miejsca. Ciśnienie totalnie opadło. Atmosfera w górskiej wiosce, w której teraz jesteśmy, jest dużo spokojniejsza niż w miastach i miejscach typowo turystycznych.

19 kwetnia

W wiejskich sklepach niczego nie brakuje, są nawet maseczki i żel do dezynfekcji rąk. Życie płynie tu leniwie i normalnie. Zaczynają kiełkować pierwsze rośliny, które zasialiśmy na przygotowanych grządkach, a nasz pies przyjął postawę obrońcy terenu. Jak typowy wiejski burek obszczekuje wszystko, co chodzi dookoła. Niestety pojawiło się sporo bezpańskich psów, które porzucili ludzie wylatujący w panice do swoich krajów. Mój przyjaciel, instruktor surfingu, który jak wiadomo jest teraz bez pracy, przygarnął psa desperacko szukającego właścicieli. Po telefonie do schroniska w Lagos okazało się, że ostatnio przyjmują około 50 psów dziennie, większość ma nawet chipy. Co będzie dalej nie wiadomo. Od początku kwietnia mieliśmy już być w hiszpańskiej Galicji. Naprawdę nie wiadomo, jaka będzie sytuacja van surferów po epidemii. Być może jest to koniec epoki vanlife, która i tak już naszym zdaniem się kończy. Lokalne społeczności mają dość turystów w wynajętych kamperach, nieprzestrzegających prawa i niepisanych zasad.

PS.

Wydaje się, że wszystko zaczęło się sporo wcześniej. Już w listopadzie przy plaży Zavial słynącej z niesamowitego righthendera ktoś do znaków STOP dopisał „The Humans”. W grudniu ze znajomymi wkopaliśmy tablicę z proroczym napisem „NO SURF” przy pointbreaku Punta de Ruiva.

Tekst i zdjęcia: Miszka Jabłoński & Karolina Zielińska