Shopping Cart

Brak produktów w koszyku.

About Us

In Focus – Marek „Ogień” / Kalifornia

  • Kwiecień 14, 2015

W 30 stopniowym upale w Reno spakowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy do czarnej Toyoty 4Runner. 30 minut później byliśmy już za Reno i lecieliśmy na północ w stronę Volcanic National Park, tam odbijaliśmy w drogą 299 aż do przedziwnego miasteczka Eureka gdzie czekał już na nas ocean, dzikie plaże i magia kalifornijskiego wybrzeża. Zjechałem już wcześniej wybrzeże Kalifornii od LA po SF, ale nigdy od SF po granicę z Oregonem.

Rozbiliśmy namiot w okolicach Blue Lagoon. Powietrze było lepkie i słodkie, zapach oceanu mieszał się z okolicznymi roślinami, a w oddali słychać było szum fal.

Następnego dnia po szybkim śniadaniu spakowaliśmy się i ruszyliśmy na północ. Dojechaliśmy do Humbolt National State Park. Wybrzeże przywitało nas przepiękną szeroką plażą, wielkimi falami, brzydką pogodą, na twarzy co jakiś czas można było poczuć ciepłe podmuchy powietrza.

Nad naszymi głowami pojawia się coraz więcej chmur które przyniosły ze sobą deszcz. Tym samym ruszyliśmy dalej, zjechaliśmy trochę Redwood National Statepark, skąd uciekliśmy znowu na północ przez miasteczko gdzie rządzi metaamfetamina – Cresent City. Po szybkim obiedzie i debacie co dalej ruszyliśmy do Jedediah Smith S.P.  Wysokie sekwoje, cisza, spokój, park całkowicie opustoszały, poza nami nie ma nikogo, do tego brzydka klimatyczna pogoda. Na to wszystko liczyliśmy. Szczerze, jeszcze wtedy nie chciałem widzieć za dużo słońca, miałem go opór przez ostatnie 3 miesiące w Tahoe.

Rozbiliśmy namiot na tyłach parku nad rzeką. Padał deszcz. Nasz namiot już zaczynał śmierdzieć i przemakać. Do tego rzeka, która budziła w mojej głowie niepokój czy przypadkiem nie podmyje wyjazdu albo, w ogóle, nas. Rano przywitał nas deszcz. Wszędzie woda. Po dwóch dniach nie mycia się przyszła pora na prysznic. Zaliczyliśmy pierwszą kąpiel w rzece. Przynajmniej Paulina bo ja nie bardzo. Nie wiem jak ona to robi, że tak potrafi do takiej lodowatej wody wejść, nawet pływać i się uśmiechać. Poczułem się jak ciota… 

Spakowaliśmy nasze kempingowe graty i ruszyliśmy na południe. Zatrzymaliśmy się na śniadanie na plaży. Herbaty nie udało się dopić bo zaczęło znowu lać, lecz gdzieś w oddali było widać oznaki przejaśnienia. Zjeżdżając już w dół zwiedzaliśmy wybrzeże, napawaliśmy się widokami, parującymi lasami, rozrzuconymi skałami w oceanie i falami.

Przecinając wąską błotnistą drogę między wielkimi sekwojami dojechaliśmy do Gold Bluffs Beach. W końcu wyszło słońce, w końcu mogliśmy rozebrać się i pospacerować po plaży.  Zimny ocean rozbijał się o nasze nogi a my chłonęliśmy to miejsce, zapachy, widoki, wszystko…

Wczesnym rankiem na plaży obudziły nas szmery koło namiotu i lekki deszcz uderzający o nasz namiot. Znowu pada. Po jakieś dłużej chwili leżakowania w końcu przestało. Zjedliśmy więc śniadanie. Host kempingu przekazał nam informacje o bardzo fajnym kanionie w okolicy i o tym, że można zobaczyć jelenie na plaży. Kanion okazał się niesamowitym miejscem, zwalone drzewa, ściany porośnięte paprociami. Zrobiliśmy pętle i ruszyliśmy na dłuższy spacer wzdłuż wybrzeża.

W drodze powrotnej namierzyliśmy świeże ślady lwa górskiego. Przyznam szczerze, że słyszałem o nich trochę historii i jest to ostatnie zwierze, które chciałbym spotkać na swojej drodze. Ślady musiały być świeże bo nie były podmyte przez deszcz. Myślę że mogliśmy się minąć o jakieś kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Co prawda cały czas miałem ze sobą gaz na niedźwiedzie, chociaż myślę, że nic by to nie dało.

Chwilę później wyśledziliśmy jelenia, albo coś jelenio podobnego, w języku angielskim mówią na to „elk” ale na nasze łoś to wygląda trochę inaczej. Był moment, że lekko się przestraszyliśmy i musieliśmy wycofywać się przez bagnisty teren, gdyż jednemu z jeleni ewidentnie się nie spodobaliśmy…

Prysznic na kampingu miał mieć ciepłą wodę. Nie miał. W tym momencie doszedłem do fantastycznego wniosku, że mycie się nie ma sensu. Resztę dnia spędziliśmy w drodze, zatrzymaliśmy się w kilku ciekawych miejscach gdzie wybrzeże wyglądało imponująco. Długie plaże, magiczne, głośne fale łamiące się od lewej do prawej i w drugą stronę.  Kolejną noc zostaliśmy na jakimś kempingu w dzikim lesie. Generalnie w Stanach wymyśliłem prosty system jak mijać rangerów na kampingach – przyjeżdżasz na pole namiotowe o 18, 19 jak już nie ma nikogo z rangerów, host ma to i tak w dupie. Rozkładasz namiot, śpisz wygodnie, alarm budzi cię o 6:20. Pakujesz namiot, wiejesz. 35$ zostaje w kieszeni… Kilka dni później pokarało mnie, zgubiłem portfel z pieniędzmi. C’est la vie.

013_6253 copy

W każdym razie wczesnym rankiem stwierdziliśmy że nie wracamy na Hwy 1. Znaleźliśmy drogę przez King Range Conservation Area. Kręta górska droga, zapach marychu, płoty zbudowane z trzymetrowych desek tak, żeby przypadkiem ktoś czegoś nie zobaczył. Na każdej bramie „keep out, no trespassing, be aware of dog”. Obłędne miejsce, dziwne małe domki jeżeli można to tak nazwać, a przy nich dziwna duża ilość pick-upów i znowu dziwnie zalatywało marychą.

Nasza droga, która miała nas dowieść do jedynki bardziej na południe okazała się nieprzejezdna. Znowu zaczął padać deszcz, a my musieliśmy dołożyć niepotrzebnie 80 mil. Po powrocie na „jedynkę” i po kilku godzinach jazdy znowu zobaczyliśmy ocean i piękne niebieskie niebo. W końcu stanęliśmy na śniadanie na plaży, w końcu odpoczęliśmy od samochodu, asfaltu i mogliśmy zrelaksować się na plaży. Totalnie rozklejeni leżymy na plaży słuchając oceanu i marząc o tym, żeby ta podróż trwała wiecznie. Turkusowy ocean wygląda jeszcze piękniej niż wcześniej. Reszta dnia i wieczoru minęła nam znowu na drodze, przystankach, spacerach, zdjęciach i długich rozmowach.

Na kolejnym polu namiotowym nieumiejętnie odgoniłem szopa pracza gazem łzawiącym, który zamiast przegonić jego poleciał prosto w nasze oczy.  Tego samego wieczoru drugiego szopa znaleźliśmy w koszu na śmieci, niestety biedak sam nie potrafił się z niego wydostać, a my nie wiedzieliśmy jak mu pomóc. Rano nadal siedział w koszu więc zostawiliśmy informację dla władz kampingu o tym dzikim stworzeniu, który biedne utknęło w swoim królestwie resztek jedzenia, picia i innych dobrodziejstw.

Nasza droga powili zbliżała się do San Francisco. Leżeliśmy z zamkniętymi oczami, trzymaliśmy się za ręce i chłonęliśmy wszystko, wszystko chcieliśmy zabrać ze sobą do domu.  Przed nami jeszcze kilka dni w Yosemite i gorące źródła po drugiej stronie gór Sierra Nevada, ale to już inna historia. Cztery dni później w końcu się umyłem w gorący źródle. Znowu zatęskniłem za dzikim kalifornijskim wybrzeżem i brzydką pogodą. Jest coś niesamowitego w Kalifornii czego chyba nie potrafię opisać i chyba każdy powinien tam pojechać, poczuć i chłonąć jej magię…

013_7417 copy

tekst i zdjęcia: Marek „Ogień”

www.marekogien.tumblr.com

www.facebook.com/marekogienphoto