Pasek
BLOG — 05 stycznia 2012
Apocalypse Now!

Budzik o piątej rano nas nie obudził więc wyruszyliśmy o 7.15′ ish .

Wspaniałym high-way-em popędziliśmy na wschód w strone legendarnego spotu J-Bay. Jest on uznawany za najlepszy na świecie right hander reef break. Wszystkie jego sekcje łączą się w niesamowicie długą i stromą tubującą się falę. Na samą myśl, że będę mogł tam pływać ciekła mi ślinka.

Nasza czerwona strzała

Od razu kiedy wyjechaliśmy z Cape Town zaczął padać deszcz. Bardzo się z tego powodu ucieszyłem bo AC w naszym czerwonym polo nicht arbeiten. Po drodze do Jay Bay mieliśmy do zaliczenia wizytę w lokalnej jaskini raj – Cango Caves. Droga do tej jamy prowadziła przez góry, w których padało jeszcze bardziej.

Niestety na miejscu nie załapaliśmy się na przewodnika i nie mogliśmy wejść :(   Ale może to i lepiej bo pewnie dało się nią przejść na drugą strone ziemi i z powrotem wylądowalibyśmy na Żoliborzu.

Są tam co prawda świetne traski na longa ale bez porównania z afrykańskimi. Spokojnie można by tu nagrać film endless longboard ride :)

Wracając do traski do J-Bay to gps coś wymyślił i poprowadził nas wiejską drogą pomiędzy winiarniami, uprawami i slumsami …

Jak zatrzymaliśmy się na lokalnej stacji benzynowej to obsługa mówiła tylko w afriikaners, czyli holendersko-niemieckim.

Po 14 godzinach za kółkiem naszym oczom ukazał się napis Jay BAAI. Jesteśmy. Od razu podjechaliśmy nad oceana sprawdzić jak warunki. Już się ściemniało, więc tylko rzuciliśmy okiem na mały beach break Dolphin Beach na głównej plaży i skierowaliśmy się w strone naszego lokum.

Wpisaliśmy adres w gps, wyskoczyło 1km to destination. Wyjechaliśmy z parkingu skręciliśmy w pierwszą ulicę i kiedy chciałem zmienić bieg urwał się pedał sprzęgłą. Zjechaliśmy na pobocze …

Dookoła jakieś kartonowe domki i żadnych białych. Na szczęście szybko podjechali po nas Karolina z  narzeczonym Jako i podcholowali nas pod nasze spanie. Akurat w tym samym czasie nasi znajomi mają w Jeffreys Bay bachelors parties i przedślubną kolację, co rowna się dużo polsko-afrykanskich trunkow :) Załatwili nam na ponad tydzień całe przedszkole ocean front z placem zabaw ‘Smiley kids’ a sami mieszkają w swoim letnim domu na przeciwko.

Wieczorem zaprosili nas na grilla i trunki.

Ola idąc została znienacka zaatakowana i pogryziona przez gigantycznego rottweilera i tym sposobem zwiedziliśmy Jeffrey’s Bay clinic.

Biedna nie może na razie pływać bo zwabi rekiny :(

First day

Poszliśmy piechotą na main beach, która jest beach-brekiem. Falki były małe a ludzi na plaży z milion. Poszedłem się popłyskać z deską, łapałem fajne 1 ft-ery. Jak Jako zobaczył jak pływam na tak małej falce powiedział, że zabierze mnie na prawdziwy surf spot.

Super Tubos.

Tego dnia falki były naprawde małe i nikogo nie było w wodzie, ale co tam w samych boardshortach przedarłem się przez rafę i wypłynełem zobaczyć jak to jest. Przez 5 min miałem sharko faze bo pływałem sam, ale było bardzo płytko na rafie, tak po kolana, a jak złapałem pierwszą falkę zapomniałem o rekinach. Chociaż sięgała mi do kolan łamała się perfekcyjnie.

Woda była krystalicznie czysta i widziałem jak fala zasysa wodę z rafy, tworząc perfekcyjny kształt, po którym przejechałem ze 100m. Myślę, że przy dobrym swellu musi być mega pływanie.

Jak na pierwszy dzień zadowoliłem się paroma długimi falkami. Wychodąc z wody nie przyzwyczajony do rafy poślizgnełem się i lekko pociąłem udko.

Wieczorem wybraliśmy się zjeść coś do miasta. Naszą uwagę przykuł napis ‘best pizza in town’. Było pysznie, cieniutki placek podawany na drewnianym talerzu, mniam.

Second day.

Więcej pluskania się na main beach i ogarnianine mechanika do naszej czerwonej rakiety. Wąsaty Hans z German Motors wymienił linkę od pedału i mogliśmy pojechać sprawdzić lokalne outlety. Do wyboru wszyskie surf marki w niskich cenach.

A wieczorem wieczór kawalerski/panieński

Pieczenie barana /  Holenderskie sery

**************

Day Three

Ze sprawnym wehikułem przetransportowaliśmy się do legendarnej miejscówki Cape St. Francis.. Po godzinie drogi naszym oczom ukazał się legendarny break. Fala ciągneła się w nieskończoność, a w wodzie tylko 2 staruszków. Przeskoczyłem rafę i już byłem na perfect point breaku. Lokalny oldschoolowiec okazał się bardzo przyjacielski i pokazał mi, na którym kamieniu rafy trzeba siedzieć.

Point był niesamowity, fala za każdym razem zaczynała się z tego samego miejsca.


Day Four

Sylwester. Grał Jack Sparrow rapował po afrikaners troche jak nasz roch pawlak.

Day Five

Noworoczny surf w Cape Francis. Niesamowite lefts. W line up-e wszyscy gadają o zbliżającym się 6-m swellu. Zobaczymy jutro moze Super Tubos.

Go left on new year’s wave

Little crowded

Hand drag

Day Six

rafa w Cape San Francis

2 super backside zakręty

rozwalona decha

The end

Droga powrotna

Zatrzymaliśmy se w Knysnie na safari, które okazało się full. Pojechaliśmy więc do Buffalo Bay na surf. Wypożyczyliśmy na godzinkę na spółkę z Olą deskę do nauki – taką dużą nie zatapialną z pianką na pokładzie

Ola połapała super długie falki przed przybojem. Potem ja na tej desce wyszedłem na większe fale i porozjeżdzałem lokalnych shortboarderów :)

Buffalo Bay 

Big Fun Surfboard

 

Następnego dnia z samego rana pojechaliśmy na safari, na którym widzieliśmy większość lokalnych zwierzaków.

 

Lwy, słonie, żyrafy i nosorożce.

Teraz jesteśmy z powrotem w CT

Ciekawostka: Kościółek w stylu neo-gotycko neo-barokowo kolonialnym

All photos : Ola Krauze




Zobacz również

Podziel się

About Author

Kuba